Szłam szarymi ulicami Londynu.
Tak, płakałam.
Nie mogłam znieść tego, że nie będzie już go w moim życiu.
Mojego... Mojego braciszka.
Charles był ode mnie starszy o dwa lata.
Kochałam go nad życie.
Był dla mnie najważniejszą osobą.
Dwa lub trzy lata temu się zmienił.
Nie tryskał już pogodą ducha.
Nie emanował szczęściem.
Nie uśmiechał się do każdego na prawo i lewo, tak jak miał w zwyczaju.
Coraz częściej zamykał się w swoim pokoju.
Myślałam, że przechodzi taki okres...
Że po prostu się buntuje...
Aż nie zauważyłam krwi na jego dywanie.
Ponieważ znałam życie, podkasałam jego rękawy do góry.
Jego nadgarstki były całe pocięte.
Spojrzałam na niego i się rozpłakałam.
"Przepraszam" powiedział, po czym wypchnął mnie z pokoju.
Znowu się w nim zamknął.
Coraz rzadziej wychodził z pokoju.
Na twarz przybierał maskę.
Chłopak, któremu zawsze jest wszystko obojętne.
Tylko ja wiedziałam, jak on w środku cierpi.
Tylko ja wiedziałam, co ze sobą robi.
Zawsze, gdy zamykał się w pokoju zaczynałam płakać.
Chciałam mu pomóc...
Ale on tej pomocy nie chciał.
Wiesz, jak to jest, gdy bliska Ci osoba umiera na twoich oczach?
Dzisiaj go znalazłam.
W moim pokoju zostawił liścik.
Miałam go w torebce...
Chciałam wszystko przemyśleć w spokoju.
Weszłam do pobliskiego parku.
Było zimno, więc prawie nikogo w nim nie było.
Usiadłam na naszej ulubionej ławce i wyciągnęłam list.
Demi...
Siostrzyczko.
PRZEPRASZAM...
Nie mam już siły.
Byłaś jedyną osobą, która naprawdę o mnie dbała.
Kocham Cię z całego serca, pamiętaj o tym.
Dziękuję za wszystko.
Okazałaś mi wsparcie, próbowałaś pomóc, starałaś się zrozumieć... To bardzo dużo. Dziękuję z całego serca, bo nikt nigdy tyle dla mnie nie zrobił.
Dla kogoś kto umiera, tonie... Wsparcie znaczy wszystko.
Mówiłaś, że samobójstwo to tchórzostwo i poddanie się. To ucieczka od problemów. Tchórzostwo. Życie to nauka. Tak jak z grą na gitarze. Niektórych rzeczy musimy nauczyć się sami, ale w żadnym wypadku nie powinniśmy się poddawać. Nigdy.
Widzisz, ja to odbieram trochę inaczej... Skoro tutaj nie zaznałem szczęścia, to może nie tutaj jest moje miejsce. Skoro cięcie się, które podobno jest przybliżeniem do śmierci mi pomaga, to może po prostu... Bóg miał takie plany. Nie chcę należeć do świata w którym dominują fałszywość, ból i cierpienie. To po prostu nie jest moje miejsce... To nie mój świat... Tak sądzę. Nie miej mi tego za złe. Walczyłem już długo, ale nie udało mi się wygrać.
Uśmiechnęłam się do siebie przez łzy.
- Nie mam Ci za złe. - Szeptałam do siebie. - Będę za tobą tęsknić. Dbaj o mnie tam z góry. Kocham Cię.
- Przepraszam... - Usłyszałam męski głos przed sobą. Spojrzałam w górę. Stał tam chłopak... ok. 19 lat. Miał kruczoczarne włosy. Na głowie miał szarą czapkę "smerfa". Ubrany był w Biało/beżową kurtkę, czarny sweterek, szare spodnie i czarne Air-Force. Był przystojny. Chwilę potem zdałam sobie sprawę, że łzy ciekną mi po policzkach. Schowałam kartkę do torby.
- Cześć. - Uśmiechnęłam się smutno do chłopaka, a z moich oczu pociekło jeszcze więcej łez. Nieznajomy kucnął przed moją ławką i wytarł mi łzy z policzków.
- Nie płacz, proszę. - Spojrzał mi w oczy. Jego tęczówki były takie błękitne... Można było się w nich zgubić. - Może i nie wiem jaka jest przyczyna twojego płaczu... - Zawahał się. - Ale sądzę, że byłoby Ci ładniej z uśmiechem.
Uniosłam kąciki moich ust do góry... ale zadrżały i znowu spadły na dół. Zaczęłam szlochać. Nie płakać. Szlochać. Chłopak przytulił mnie do siebie. Wtuliłam się w niego. Zaczął śpiewać...
- Sometimes You think, You'll be fine by Yourself...
Couse a dream is a wish, and You make all alone...
It's easy to feel, like You don't need help...
But it's harder to walk on Your own...
Szczerze mówiąc, to dzięki niemu trochę mi przeszło. Charles... Jeśli to ty postawiłeś go na mojej drodze, to wiedziałeś co robisz.
- Sam to wymyśliłeś? - Spytałam zadziwiona.
- Znaczy... Tak. Ale nie teraz...
- Piękne. - Uśmiechnęłam się.
- No! I taki uśmiech chcę widzieć na twojej twarzy! - Uśmiechnął się.
- Dziękuję, za to, że poprawiłeś mi jako tako humor.
- Eyyy, chyba spisałem się lepiej niż jako tako! - Zaśmiał się.
- Racja.
- To może w nagrodę dostanę twój numer telefonu? - Spytał słodko się uśmiechając. BOŻE, ON MIAŁ DOŁECZKI W POLICZKACH. Był taki słodki.
- Jasne. 583030482. - Podałam mu numer. - Poznam twoje imię? - Spytałam.
- Jestem Nathan.
- A ja Demi. - Uśmiechnęłam się. - No cóż... Muszę zmykać. Pa. I... dziękuje za wszystko. - Uśmiechnęłam się. Przytuliłam go na pożegnanie i poszłam w swoją stronę. Gdy tylko opuściłam mojego nowego znajomego, znowu naszła mnie depresja.
Wróciłam do domu i weszłam do swojego pokoju. Nawet nie spojrzałam na drzwi do pokoju brata. Nie chciałam na nie patrzeć. Nie chciałam znowu się rozpłakać. Położyłam się na swoim łóżku i wysłałam mojej najlepszej przyjaciółce smsa.
Do: Carlie
Charles popełnił samobójstwo.
Potrzebuję Cię.
Demi xx
Pięć minut później zadzwonił dzwonek do drzwi. Wiedziałam, że Carls sama wejdzie, więc nie schodziłam na dół. Spojrzałam na drzwi, w których stała różowowłosa. Rozłożyła ręce. Podbiegłam do niej, przytuliłam się i zaczęłam szlochać w jej ramię.